poniedziałek, 30 stycznia 2017

Figurkowy Karnawał Blogowy, edycja XXIX: Opowieść

Dzisiaj z okazji dwudziestej dziewiątej odsłony akcji Figurkowego Karnawału Blogowego zabawię się w starego dziada, co to jak gada, to wspomina zamierzchłe czasy i nudzi przy tym niemiłosiernie. Będzie to opowieść o tym, jak zacząłem malować modele, odkryłem swoją pierwszą technikę modelarską, a przy tym nieoczekiwanie zmieniłem armię. 

Podzieje się tak dlatego, że głównym tematem przewodnim zacnej akcji FKB jest Opowieść właśnie. Był to pomysł koyotha, który prowadzi blog shadow grey.

Gdybyście się zastanawiali, kto zapoczątkował akcję FKB, to był to Inkub na swoim blogu Wojna w miniaturze.


W roku 2004, kiedy to w telewizorach leciał ostatni sezon serialu Friends, zdarzyło mi się po raz pierwszy obcować z hobby, które (stety albo niestety) trzyma mnie w swoich łapskach po dziś dzień. Mowa o malowaniu i graniu (w tej kolejności) w figurkowe gry bitewne. Pojęcia o tym miałem tyle, co nic, natomiast sterta obejrzanych materiałów skutecznie podsycała mój apetyt. 

Pierwszymi modelami, które nabyłem i pomalowałem byli plastikowi Uruk-Hai oraz gobliny z Morii dołączane do gazetek deAgostini. Długo jednak przy tym nie wytrzymałem. Z kumplem, który de facto namówił mnie na to zgubne hobby zwróciliśmy się w stronę Warhammera 40000. Po długich studiach nad dostępnymi armiami oraz podręcznikiem, mój wybór padł na Chaos Space Marines. Z czwórki bogów moją uwagę przykuł Khorne (dobre staty i wydawał się łatwy do ogrania). 

Po zakupie boxa piechoty oraz metalowego Daemon Prince`a, którego niestety już nie mam, trzeba było pozyskać farby. Przy Panu Krwi wybór jest prosty - czerwień i złoto. No to ciach - zamówienie ze sklepu nieistniejącej już Cytadeli: Chaos Black, Blood Red oraz Shining Gold. Uradowany zasiadłem do malowania. Chaos Black jako podkład, odczekać godzinę, co by wyschło i można nakładać czerwień. I tutaj zdziwienie: dlaczego malując czerwonym po czarnym, model niemal nie zmienia koloru? Ano dlatego, że w tamtych czasach Citadel robił tak badziewny czerwony, że na czarnym podkładzie pozostawał niemal niewidoczny. Pod tym względem przebijał go jedynie żółty.

W tym miejscu oczywiście możecie znacząco popukać się w czoło myśląc: co za masochista maluje czerwień na czarnym podkładzie, w dodatku od razu jasną. Jednak w tamtych czasach nie było aż tyle tutoriali, które podpowiadałyby takiemu żółtodziobowi, jak się maluje chłopki.

Wracając do Chaośników: pamiętam moją ówczesną frustrację i niemoc osiągnięcia pożądanych efektów. Zadzwoniłem do kupla, żeby poinformować go, iż następnego dnia zagra z Zakonem Czarnego Podkładu. On z kolei był na etapie malowania swoich Orków i powiedział, że gdzieś znalazł fajny sposób na pomalowanie metalowych elementów. Może zatem i ja zrobię sobie oddział odziany w stal? Szybki rzut oka w podręcznik (wydrukowany wtedy na drukarce, "bo taniej"), czy jest Legion, który pasowałby do czarno-srebrno-złotych barw? Ten moment był jak objawienie - Iron Warriors! Dumni wojownicy, mistrzowie walki oblężniczej, zimni i piekielnie skuteczni. Iron within, iron without!

Pora wrócić do malowania. Jak to kumpel mówił? Najpierw czarny podkład, potem pędzel do srebrnej farby (została po Uruk-Hai z gazetki), wytrzeć nadmiar i szybko lecz z wyczuciem machać po figurce. O dziwo, farba zostawała na modelu, wyciągała szczegóły, w zagłębieniach był cień, a na płaskich powierzchniach przebarwienia, jakby pancerz był obity. Brzmi znajomo, prawda? To właśnie wtedy poznałem technikę, która w większym lub mniejszym stopniu towarzyszy mi (oraz jak mogę przypuszczać reszcie malarskiego świata) do dziś - drybrush.

Bez namysłu koncepcja armii poszła w stronę IW. Potem okazało się, że to jeden z najmocniejszych Legionów ze względu na możliwość wzięcia aż 9 Obliteratorów, gdzie inne Legiony miały dostęp ledwie do 3! A w czasach 3 edycji Wh40k 9 mobilnych lascannonów na stole niemal robiło grę.

Poniżej widzicie fotografię pierwszych pomalowanych przeze mnie modeli do IW i prawie pierwszych pomalowanych w życiu. Brakuje tutaj sierżanta - akurat rezyduje w domu rodzinnym i nie mam go jak obfotografować. Niemniej możecie zobaczyć jaki efekt dawał mi wtedy zadowolenie z pracy nad nimi i dumę z ich ukończenia. 




12 komentarzy:

  1. Ach, czar wspomnień. Lubię czytać takie posty. A ludki jak na pierwsze maziaje bronią się całkiem nieźle. Moje początki były znaaaaaaacznie gorsze :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pochal sie :) ja z kolei lubie oglądać pierwsze figurki pomalowane przez ludzi, którzy obecnie są o lata świetlne dalej w hobby.

      Usuń
  2. Oj pamiętam ból pracy z czerwienią.Fajny kawłek historii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blood Red byl koszmarny. Troche ratowal go Red Gore, ale dopiero linia Foundation dała radę.

      Usuń
  3. Jak na początki w malowaniu to bardzo elegancko wyglądają :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki, pamiętam, że wtedy niesamowicie byłem z siebie dumny, że chocoaż trochę przypomnają modele z podręcznika.

      Usuń
  4. Zwashowac tych IW i będą jak nowi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieeeee, niech pozostaną w prehistorii ;)

      Usuń
  5. Bardzo dobry wpis z drybrushem w roli bohatera ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bohater jak bohater, na pewno był prowodyrem powyższego wpisu :)

      Usuń
  6. Jak odkryłem drybrush też byłem pod WIELKIM wrażeniem tej prostej techniki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niekiedy wciąż jestem zaskoczony, kiedy i z jakim skutkiem mi sie ta technika sprawdza :)

      Usuń